Ryszard Bałabuch

Moje OWRP

Warmia - Mazury 2002



Minął rok i znowu jest OWRP, z numerem XLIII. Tym razem jest to Ziemia serdecznie znajoma, czyli Warmia i Mazury. Organizatorzy przygotowali pięć tras, by każdy mógł poznać tę część naszej Ojczyzny. Była to dla mnie pełna retrospekcji wędrówka do miejsc, gdzie byłem lat temu kilkadziesiąt w całkowicie innej rzeczywistości, czas miniony, czas lat dzieciństwa. Trasa, którą postanowiłem wędrować: z Pisza do Miłomłyna. Przed wyjazdem poczytałem raz jeszcze dzieło sprzed wielu lat Mistrza Melchiora, jak on przed laty poznawał teren pogranicza: państw, kultur, systemów politycznych.

Na start dotarłem pociągiem - bo jeszcze można było dojechać - rzeczywistość dała mi może ostatnią szansę: na stacji Pisz kończy się linia w rozkładzie jazdy PKP. Miasto było tuż po kataklizmie, chyba takim samym, jak cytuje Mistrz od Smętka; był na tym terenie w 1872 roku, "który w ciągu pięciu minut położył pokotem 100.000 sztuk wspaniałego starodrzewu". W mieście też ślady siły przyrody widać było boleśnie - dokładnie. Szef mojej trasy witał uczestników na dworcu. Nocleg wstępny.

A od rana już program rajdu. Poznanie historii w muzeum od czasów pogańskich do naszych dni. Dla mnie ciekawostką poza muzeum była wystawka widokówek z dawnego Pisza - Johannisburga - w witrynie zakładu fotograficznego. To było takie minimuzeum na czas, gdy prawdziwe było zamknięte i pilnowane przez "Kamienną Babę".

Po zapoznaniu się z historią tej ziemi rozpoczęła się wędrówka na nocleg. Atrakcją była śluza Karwik, można było dokładnie obserwować, jak w prosty i nie bardzo czasochłonny sposób można przepłynąć z akwenu do akwenu o różnych poziomach lustra wody. A także poznać piękno puszczy. Nocleg, jeden z kilkunastu (jak zapowiadali organizatorzy w potwierdzeniu przyjęcia na rajd), był nad jeziorem o nazwie Seksty, zatoce Mazurskiego Morza - jeziora Śniardwy.

Dalsza trasa to też puszcza ze swym urokiem, a następnie spotkanie z gasnącą już religią w kościele ewangelicko-augsburskim w Wejsunach. Wieś z ciekawym miniskansenem w domu mazurskim. Nie ma już Mazurów - jest tylko historia o nich. W kościele na tablicach-epitafiach nazwiska tych, którzy polegli na polach bitew wojen światowych, nazwiska swojskie, choć pisane inaczej. Pogoda była bezdeszczowa, można było podczas wędrówki opalać się do woli, czyniłem to, nadrabiając zaległości z innych lat.

Następne dni też były bogate w treści krajoznawcze; było spotkanie u innego mistrza pióra - Ildefonsa. Dostaliśmy dużą porcje informacji o autorze i ciekawostkach z jego życia. Wizyta w domu poety była tym punktem, który też decydował o wyborze tej trasy.

Nasyciwszy się poezją, pasłem oczy i nos tym, co daje puszcza każdemu, kto chce od niej brać: potęgę i zapach żywicy sosnowej i ziół, a pora była idealna, by inhalować drogi oddechowe - przecież byłem na terenie "Zielonych Płuc". Przez puszczę płynie rzeka - kultowa - zwie się różnie, ale szlak ma jedną nazwę: szlak Krutyni. To raj dla tych, co lubią poznawać Ojczyznę z pokładu kajaka. Można było im zazdrościć - rok był wyjątkowo suchy - a oni nad samą chłodną wodą, w cieniu tuneli drzew. Miejscowość Krutyń to też siedziba Mazurskiego Parku Krajobrazowego z muzeum przyrodniczym, gdzie można było na wystawach poznać przyrodę i archeologiczne ślady bytności człowieka w Puszczy Piskiej na przestrzeni wieków, od epoki brązu i żelaza. W niedalekiej odległości od muzeum jest dom, ślad po tym, który przez dziesięciolecia starał się i walczył o byt Mazurów - to Karol Małłek. Tu chcę podziękować specjalnie: Dziękuję Ci Jarku! - za te i nie tylko takie informacje, co jest ciekawego na trasie głównej rajdu, ale także obok. Jak się jest na danym terenie, to trzeba dotrzeć w miejsca, o których się kiedyś czytało.

Puszcza ma swoje superurocze miejsca - to są rezerwaty. W jednym z nich "Zakręt" mogłem z minimalnej odległości podziwiać rosiczkę, która ma sławę i niewielkie rozmiary, a w tym rezerwacie była doskonale eksponowana.

Na OWRP są takie spotkania, które, mimo że nieplanowane, to pozwalają na danie oceny: takim było spotkanie na biwaku w stanicy Babięta. Spotkaliśmy się z młodymi Niemcami, którzy dopłynęli Krutynią na nocleg i zachowywali się jak nasza młódź - mamy niedaleko do Europy na tym polu. Pobyt w Szczytnie to wizyta w muzeum i poznanie zbiorów, które są godne polecania innym. Tu też spadł deszcz, a było to unikalne zjawisko przyrodnicze na tegorocznej trasie. Miejsce biwakowe w miejscowości Jedwabno to udział w otwarciu wystawy plastyków z kraju i dalekiej zagranicy. A wieczorem ognisko na miejscowym stadionie (nie na płycie głównej oczywiście) z gospodarzami terenu, którzy zapraszali do następnych odwiedzin tego zakątka Polski.

Na trasie tego rajdu było dużo cmentarzy; przecież to teren historycznych bitew na przestrzeni wieków. Była szansa - to ją chwyciłem i na polach, jak przed wiekami, oglądałem zwycięską bitwę z Zakonem połączonych sił Korony i Litwy. A także w zadumie odwiedzałem szeregi żołnierskich mogił z czasów I wojny światowej. Specjalnie poszedłem na teren bitwy i mauzoleum, które miało zaćmić rok 1410. Nie ma praktycznie nic z tego miejsca i tego, co było na tym terenie w czasach II wojny światowej. Tylko sprayem zabarwione tablice i cmentarz przy szosie. Ale napotkana młodzież była doskonale zorientowana, gdzie są mogiły i pojedyncze groby. Pamięć mam nadzieję nie zaginie. W samym Olsztynku miałem szczęście i traf chciał, że spotkałem pasjonata, który był w posiadaniu dużej kolekcji fotografii z uroczystości i z samego mauzoleum.

Mijały dni. Chcę utrwalić w pamięci jeszcze jedno nietypowe spotkanie: w Dylewie z grupą archeologów - studentów. Pod kierunkiem profesorów z UW wykonują prace wykopaliskowe na miejscu zbombardowanego pałacu Franca von Rosego - kolekcjonera największego na terenie Prus, a jego kolekcja obfitowała w dzieła sztuki przełomu XIX i XX wieku, a także antyczne oryginały i wyjątkowej klasy kopie zamawiane u lombardzkiego artysty Alfredo Wildta. To było takie sentymentalne spotkanie, jak u mnie w Puławach u księżnej Izabeli. Może dzieła te będą kiedyś po konserwacji eksponowane dla publiczności, o to poprosiłem jednego z profesorów. Poza tym były bardzo ciekawe rezerwaty: gdzie Łyna bierze początek i na wzgórzach, gdzie żyją muflony na wolności. Szkoda tylko, że Góra Dylewska jest ekstra udekorowana stacją - wieżą TV i całej sieci komórek. Dzień odpoczynku od marszu; pojechałem do stolicy regionu, by też osobiście powspominać i odwiedzić miejsca, gdzie kiedyś mieszkałem. Zaszła duża zmiana - a może ja jestem inny.

Zakończenie było na ogromnym terenie dla namiotów i kameralnym dla ceremonii oficjalnej. Spotkanie ze znajomymi z ubiegłych OWRP i tymi, którym już kalendarz nie pozwala na czynny udział w rajdzie. Szczególnym spotkaniem było to z koleżanką Anią, która całą swoją wiedzę o Warmii i Mazurach spisuje na łamach licznych przewodników - książek i prasy nie tylko lokalnej. Aniu! Pisz jak najwięcej i niech Cię ręka nie boli. Tak jak zaczęło się w Piszu, tak zakończyło się w Miłomłynie. A za rok... Znowu iść ze znajomymi i usłyszeć kurant: "Witaj śliczna i dziedziczna Szamotuł Pani".


Źródło: "Gościniec" nr 4 (8)/2002

Aktualizacja: