LI OWRP 2010 Grunwald 10-24.07.2010

Tegoroczny rajd był naszym pierwszym po dłuższej przerwie. Długo wahaliśmy się nad wyborem trasy: początkowo miały być "Wielkie Jeziora Mazurskie", "Grunwaldzką" jedynkę i dwójkę skreśliliśmy od razu przewidując tłok. W końcu zdecydowaliśmy się na trasę nr 3 "Kopernikowską", która według planu miała liczyć 238 km i wyglądała na urozmaiconą: miały być lasy, jeziora, wąwozy, łąki, pola, ale też zabytki architektury i techniki etc. Szczególną atrakcją był rejs Kanałem Ostródzko-Elbląskim, chcieliśmy również odświeżyć wspomnienia sprzed 8 lat... Naszą 2-osobową drużynę nazwaliśmy "Czarne stopy" ze względu na... kolor naszych stóp po całodniowej wędrówce w trekkingowych sandałach :)


Dzień 0 - Przyjazd i zakwaterowanie (na rajdzie w wersji exclusive).

Pierwsze kroki skierowaliśmy do kościoła ewangelicko - metodystycznego, w którym na wieży znajduje się punkt widokowy. .
W Ostródzie zameldowaliśmy się w sobotę około południa, jednak rozpoczęcie rejestracji uczestników przewidziano na godzinę 15-tą, więc tylko namierzyliśmy miejsce, w którym miał być pierwszy nocleg, nawiasem mówiąc idealne do rozpoczęcia rajdowych imprez - dosłownie za płotem znajdował się dworzec PKP i PKS. Potem wyruszyliśmy rzucić okiem na Ostródę, która okazała się być zadbanym miasteczkiem. Pierwsze kroki skierowaliśmy do kościoła ewangelicko - metodystycznego, w którym na wieży znajduje się punkt widokowy. Niestety, karteczka na drzwiach informowała: "Ze względu na brak obsługi wieża jest nieczynna".
Po pobieżnym zwiedzeniu centrum i zamku ... Po pobieżnym zwiedzeniu centrum i zamku ...
Zawiedzeni poszliśmy do znajdującej się w pobliżu Restauracji Kresowej, gdzie posililiśmy się plackiem (a jakże) kresowym. Po pobieżnym zwiedzeniu centrum i zamku, nadbrzeżnym bulwarem wróciliśmy na miejsce noclegu, do Klubu Żeglarskiego nad jeziorem Drwęckim. Tu poznaliśmy kierownictwo naszej trasy: Helenę i Wacława Fiedoruków, okazało się też, że jest nas tylko dwadzieścia dwoje uczestników plus obsługa. Tak do końca do dziś nie wiemy czemu zawdzięczać, że ta trasa została uruchomiona. Śmieliśmy się, że mamy rajd w wersji exclusive.
... wróciliśmy na miejsce noclegu, do Klubu Żeglarskiego nad jeziorem Drwęckim.
Rozbiliśmy namiot i wyruszyliśmy do miasta zrobić zakupy i "uzupełnić płyny", a przy okazji zorientować się gdzie tu można obejrzeć finały Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Jezioro Drwęckie sprawiało wrażenie mętnego i mimo upału niewielu ludzi się w nim kąpało. My w końcu też z niego nie skorzystaliśmy, no poza moczeniem nóg. Okazało się, że tuż obok Klubu Żeglarskiego jest knajpka z telewizorem, w której będzie możliwość obejrzenia meczu Niemcy-Urugwaj. Tyle że telewizor mają ogromny - 15" :)
O 20:00 zwyczajowo odprawa: zapoznanie z grupą, omówienie jutrzejszej trasy (choć Wacław z rozpędu opisał pierwszą połowę rajdu). Potem poszliśmy kibicować Urugwajowi, jak się okazało nieskutecznie. Po powrocie - toaleta wieczorna - na polu namiotowym były sanitariaty, prysznic z ogólnie dostępną zimną wodą, za ciepłą zaś trzeba było dopłacić 5 zł. Oczywiście jako zatwardziali turyści nie dopłacaliśmy. Brr...

   1. ODPRAWA   



Dzień 1 - Okolice Ostródy.
Trasa: Ostróda - Pętla MPK 3 - Mała Ruś - Piławki - Ostróda (miało być 16 km, a było ok. 24 km)


Rano, już przed 7 obudził nas upał, który od ponad tygodnia utrzymywał się w kraju. Ponieważ następny nocleg również mieliśmy w Ostródzie i nie trzeba było zwijać namiotów, szybko opuściliśmy bazę. W mieście zrobiliśmy zakupy i zjedliśmy jogurtowe śniadanie, potem nie czekając na autobus (propozycja w opisie trasy) ruszyliśmy w drogę.
Śluza Mała Ruś.
Przechodząc przez całe miasto dotarliśmy do śluzy Mała Ruś, tu dogoniło nas trzech OWRP-owiczów: Edward, Janek i Rafał. Wspólnie wędrowaliśmy do Piławek, gdzie w knajpie zatrzymaliśmy się na mały odpoczynek, żeby ugasić pragnienie w upalny dzień.
... wymoczyliśmy nogi w jeziorze Drwęckim ...
... zbaczając nieco ze szlaku na nasyp nieczynnej kolei Ostróda - Miłomłyn ...
Kolejną przerwę zrobiliśmy na moście kolejowym, z którego rozpościerał się widok na dwie części jeziora Drwęckiego.
Kompani podróży zostali my ruszyliśmy dalej, szukając, z dobrym skutkiem, miejsca na drugie śniadanie. Zjedliśmy, kawałek dalej wymoczyliśmy nogi w jeziorze Drwęckim, a potem zbaczając nieco ze szlaku na nasyp nieczynnej kolei Ostróda - Miłomłyn poszliśmy zobaczyć polecany rezerwat "Jezioro Czarne". Kolejną przerwę zrobiliśmy na moście kolejowym, z którego rozpościerał się widok na dwie części jeziora Drwęckiego. Po powrocie do Ostródy zdążyliśmy jeszcze zwiedzić zamek i znajdujące się w nim muzeum z aktualną wystawą o zamkach krzyżackich. Jak tam było przyjemnie, chłodno, aż się nie chciało wychodzić na ten skwar. Sam zamek niewielki, na dziedzińcu scena, restauracja. Zgłodnieliśmy, po sałatkowym obiedzie przespacerowaliśmy się na drugą stronę jeziora Drwęckiego, do wieży Bismarcka. Po drodze podziwialiśmy piękne widoki na Ostródę. Wracając do Klubu Żeglarskiego spotkaliśmy "człowieka, któremu uciekł kot".
Po drodze podziwialiśmy piękne widoki na Ostródę.
W przerwie w podróży nieostrożnie wypuścił zwierzaka, żeby rozprostował łapy i tyle go widział. Mężczyzna cały wieczór błąkał się w okolicach naszego obozu wzbudzając zainteresowanie rajdowiczów, w końcu nie wiemy czy udało mu się odnaleźć zgubę... W oczekiwaniu na odprawę wzięliśmy zimny (brr) prysznic. Wieczorem ze "Specjalem" w ręku kibicowaliśmy Holandii w finałowym meczu z Hiszpanią. Znowu nieskutecznie...

   2. ODPRAWA   



Dzień 2 - Rejs...
Trasa: Ostróda - Elbląg - Rejs Kanałem Elbląsko-Ostródzkim (ok. 80 km, 11 godzin rejsu)


Obowiązkowo założyliśmy nasze pomarańczowe koszulki ”Czarne Stopy”.
Pierwsza część rejsu to ... wąski kanał, którym majestatycznie płynął nasz statek.
Po drodze przepłynęliśmy pod kilkoma mostami, niektóre były tak niskie, że załoga musiała obniżać kabinę sterówki.
Śluza Miłomłyn.
Na przystani mieliśmy być przed 8 rano, ale budzika nie trzeba było nastawiać, jak wczoraj prawie o świcie obudził nas upał. Szybkie zwijanie sprzętu, pakowanie, wrzucenie na samochód bagaży i marsz do sklepu po zakupy. Obowiązkowo założyliśmy nasze pomarańczowe koszulki "Czarne Stopy". Na statek "Pingwin" zaokrętowało się sporo podróżnych. Całej naszej grupie udało się usiąść na pokładzie (na twardych ławkach) i choć kapitan straszył, że na słońcu wytrzymamy tylko pół godziny, dotrwaliśmy do samego końca. Ale po kolei.
Pierwsza część rejsu to rozciągnięte jezioro Drwęckie, a dalej wąski kanał, którym majestatycznie płynął nasz statek. Po drodze przepłynęliśmy pod kilkoma mostami, niektóre były tak niskie, że załoga musiała obniżać kabinę sterówki. Pokonaliśmy też dwie śluzy: Zielona i Miłomłyn, tu także pierwszy przystanek, wsiadły 2 osoby z rowerami. Upał się wzmagał, a w okolicach Miłomłyna skończyły się nasze zapasy "wody pitnej". Zabrzmiało dramatycznie, na szczęście na statku znajdował się dobrze zaopatrzony barek z bardzo sprawną lodówką...
Statkiem dowodził kapitan gawędziarz z prawdziwego zdarzenia, od czasu do czasu umilał nam podróż opowieściami o kanale.
Później rozpoczął się ciąg jezior: Ilińskie, Ruda Woda i Sambród. Nad tym ostatnim znajdują się Małdyty, w których zlokalizowany był drugi przystanek, kilka osób wsiadło, kilka wysiadło, tym drugim trochę pozazdrościliśmy. Statkiem dowodził kapitan gawędziarz z prawdziwego zdarzenia, od czasu do czasu umilał nam podróż opowieściami o kanale. W końcu po ponad 5 długich godzinach zaczęły się główne atrakcje rejsu, czyli pochylnie: Buczyniec, Kąty, Oleśnica, Jelenie i Całuny. Na początku wszyscy z wielkim zainteresowaniem podziwiali niesamowite i jakże proste rozwiązania techniczne pochylni, ale przy trzeciej zainteresowanie malało. Upał chyba wszystkich wykańczał.
Powiększ.
Z zazdrością spoglądaliśmy na dzieci kąpiące się w wylocie rowu obiegowego do kanału poniżej pochylni Kąty.
Pochylnia Buczyniec. Z zazdroscią spoglądaliśmy na dzieci kąpiące się w wylocie rowu obiegowego do kanału poniżej pochylni Kąty. Pochylnia Oleśnica. Pochylnia Jelenie. Pochylnia Całuny.
Przy ostatniej pochylni (Całuny) na palcach jednej ręki można było policzyć wychylających się za burtę z aparatami. Dalsza droga to kanał poprowadzony przez rejon depresji 1,5 m p.p.m. (poniżej poziomu morza), a później jezioro Drużno - rezerwat będący ostoją wszelakiego ptactwa wodnego. Z nadzieją spoglądaliśmy w kierunku dziobu statku i kiedy w końcu pojawiły się zabudowania Elbląga, wszyscy ożyli, a jak dobijaliśmy do portu, każdy chciał być jak najbliżej wyjścia...
Jezioro Drużno, w oddali kościół w Przezmarku.
Port w Elblągu.
Nocleg mieliśmy w przystani żeglarskiej Jachtklubu Elbląg, po drugiej stronie kanału portowego. Rozbiliśmy się i mając do odprawy pół godziny wyskoczyliśmy do miasta z zamiarem kupienia czegokolwiek do picia. Jak na złość - mijaliśmy, knajpy, knajpeczki, puby, bary, a sklepu nie znaleźliśmy. Wróciliśmy. Na odprawie dołączyła do nas Ela Rabenda odpowiedzialna za elbląski odcinek rajdu (ale była z nami do Olsztyna). Szef przystani żeglarskiej był bardzo gościnny, zaproponował nam dyskotekę integracyjną, a na kolejny dzień rejs statkiem do Nadbrzeża, czy nawet wypożyczenie i dopłynięcie tam kajakami, ale na to ostatnie ze względów bezpieczeństwa nie zgodził się Wacław. Po jedenastogodzinnej saunie chętnych na tańce ani na kolejny rejs nie było. Wieczorem wybraliśmy się na zwiedzanie Elbląga, a raczej obiektów dostrzeżonych godzinę wcześniej :) Na zakończenie dnia czekał na nas klasyczny prysznic rajdowy - wąż ogrodowy z zimną wodą, choć cieplejszą niż w Ostródzie.

   3. ODPRAWA   



Dzień 3 - Czyżby znowu mile elbląskie?
Trasa: Elbląg - Jagodnik - Próchnik - Suchacz (wg planu 23 km, w rzeczywistości ponad 30 km)


Zobaczyliśmy ... Galerię EL - centrum sztuki współczesnej, mieszczące się w podominikańskim XIII-wiecznym kościele p.w. Najświętszej Marii Panny...
... Bramę Targową z pomnikiem bohaterskiego Piekarczyka...
... przeszliśmy też ”Ścieżką kościelną” - jednym z ciekawszych zabytków miasta, a jednocześnie unikatem w skali kraju.
Powiększ.
Rano punktualnie o 6:00 pobudka, przeraźliwy hałas tłuczonych blach postawił nas na nogi. Okazało się, że po drugiej stronie kanału znajduje się jakiś zakład czy stocznia i właśnie zaczęli tam pracę. No cóż, nie każdy może być na urlopie. Dzień jak zwykle zapowiadał się upalny. Z rana szybki rzut oka na Elbląg (z przerwą na śniadanko) - zobaczyliśmy: kościół katedralny św. Mikołaja, Bramę Targową z pomnikiem bohaterskiego Piekarczyka (tu spotkaliśmy Helenę), Galerię EL - centrum sztuki współczesnej, mieszczące się w podominikańskim XIII-wiecznym kościele p.w. Najświętszej Marii Panny, zespół architektoniczny kościoła i szpitala Św. Ducha mieszczący Bibliotekę Elbląską, przeszliśmy też "Ścieżką kościelną" - jednym z ciekawszych zabytków miasta, a jednocześnie unikatem w skali kraju.
Już po chwili poczuliśmy się jak w górach.
... na zagmatwanym rozstaju zauważyliśmy dużą ”strzałę” z patyków wskazującą właściwy kierunek.
Z Bażantarni na trasę wyruszyliśmy ok. 9:00. Już po chwili poczuliśmy się jak w górach, coś niesamowitego, przy podejściach momentami aż tchu brakowało... Jakiś czas później, wędrując lasami do Jagodnika, na zagmatwanym rozstaju zauważyliśmy dużą "strzałę" z patyków wskazującą właściwy kierunek. Już wiemy kto był przed nami: Helena, nasz Dobry Duch. Do Jagodnika doszliśmy "wysuszeni", a tu niestety sklep zamknięty, podążaliśmy więc dalej. Kilometr za wsią, w miejscu gdzie 8 lat temu pasły się konie, ktoś otworzył coś w rodzaju campingu.
Z daleka był widoczny napis ”Piwo napoje”, uratowani!!!
Zaraz za Jagodnikiem jest jezioro Martwe, w którym nie omieszkaliśmy się wykąpać.
Z daleka był widoczny napis "Piwo napoje", uratowani!!! Pytamy panią: Czy jest coś do picia? Nie - odpowiada, ale mam piwo... :)
W ośrodku zabrakło prądu i chłodziarka nie działała, więc wszystko było ciepłe, ale na szczęście mokre. Zaraz za Jagodnikiem jest jez. Martwe, w którym nie omieszkaliśmy się wykąpać.

Panorama - Jezioro Martwe.
Woda ciepła i czysta, na "plaży" było sporo osób. Po półgodzinnym taplaniu ruszyliśmy dalej na trasę, niestety asfaltową do kolejnego przystanku, jakim był Próchnik. W miejscowości, pod kościołem (p.w. św. Antoniego), spotkaliśmy dwoje wędrowców z naszej trasy.
Próchnik. Kościół p.w. św. Antoniego. Obchodząc dookoła gotycki XIV-wieczny zabytek zauważyliśmy pszczeli rój na jego ścianie.
Obchodząc dookoła gotycki XIV-wieczny zabytek zauważyliśmy pszczeli rój na jego ścianie - szybko czmychnęliśmy do sklepu, w którym zrobiliśmy małe zakupy. W sklepie jakiś dobrze zbudowany jegomość zwraca się do mnie "Oj, będzie boleć". Różne myśli przeleciały mi przez głowę, a on tylko ostrzegł mnie przed końską muchą, która zaczęła się wgryzać w policzek...
... klucząc pośród fantastycznych gór i wąwozów ...
Po odpoczynku ruszyliśmy do Łęcza. Okazało się, że szlak prowadzący na naszej mapie (z 2001 roku) w prosty sposób do tej miejscowości zmienił swój przebieg. Teraz klucząc pośród fantastycznych gór i wąwozów wydłużył się na tym odcinku chyba trzykrotnie. Na końcu lasu trafiliśmy na polanę, z której widzieliśmy już pierwsze domy Łęcza, ale nie było nigdzie oznaczeń szlaku. Wchodzimy w każdą drogę, szukamy. Zdecydowaliśmy się pójść mniej więcej jak idzie zaznaczony na tej mapie szlak rowerowy.
W Łęczu obejrzeliśmy barokowy kościół p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Łęcze, dom podcieniowy.
Łęcze, dom podcieniowy. W centrum wsi dojrzeliśmy też tabliczki po starym szlaku.

Panorama - Grodzisko koło Łęcza.
W końcu jakieś 100 m za polaną na drzewie dostrzegliśmy czerwony szlak. Przed samą wsią trzeba było przejść przez teren prywatny, niestety, święte prawo własności nie służy dobrze szlakom. W Łęczu obejrzeliśmy barokowy kościół p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa, trzy domy podcieniowe (jeden z nich spłonął 2 sierpnia br.) i sklep, a w centrum wsi dojrzeliśmy też tabliczki po starym szlaku wskazujące, że z Elbląga jest 25 km, a do Suchacza 3 km.
Na początku zdobyliśmy grodzisko.
Powiększ.
Po uzupełnieniu płynów w sklepie ruszyliśmy w kierunku dzisiejszej mety. Na początku zdobyliśmy grodzisko, później... nic nowego: góry i wąwozy, szlak (też zmieniony przebieg) prowadził iście górską ścieżką. I znowu Helena zostawiła nam strzałkę, żebyśmy przypadkiem nie skręcili w lewo, właściwy kierunek to prawo! Musimy przyznać, że była pomocna. Gdy wkraczaliśmy do Suchacza dopadła nas burza i ciepła ulewa.
Nocleg mieliśmy przy szkole - dawnym hotelu ”Zameczek nad Zatoką” Towarzystwa Rozwoju Turystyki Pieszej w Elblągu i Okolicy.
Nocleg mieliśmy przy szkole - dawnym hotelu ”Zameczek nad Zatoką” Towarzystwa Rozwoju Turystyki Pieszej w Elblągu i Okolicy. Rozbiło się pięć namiotów, reszta towarzystwa wystraszyła się burzy i spała w budynku. Przed odprawą poszliśmy nad Zalew, na plaży był pub z zimnymi napojami. Woda w Zalewie miejscami była zimna, miejscami ciepła, dziwne zjawisko. Po chwili okazało się, że zimny nurt sprawiała rzeczka wpadająca do ciepłego Zalewu tuż przy plaży. Gdy wieczorem gawędziliśmy na ławce, doszedł do nas Pan, który brał udział przy odstrzale dzików. Opowiedział jakie szkody wyrządzają i jakie przygody przy tym mu się trafiały. Nagle, to było około godziny 22, z ciemności wyłoniła się ostatnia ekipa, rodzina ze Śląska (już nie wiemy kto nazwał ich grupę "Kelly Family" :) Niestety mile elbląskie są zdradliwe, nastawiali się na przebieg podany w regulaminie, a nie na rzeczywiste ponad 30 km...

   4. ODPRAWA   



Dzień 4 - Końskie muchy i tory
Trasa: Suchacz - Kadyny - Tolkmicko - Frombork (wg planu 22 km, w rzeczywistości ok. 25 km)


Na śniadanie poszliśmy na plażę.
A dalej było tak jak Wacław mówił na odprawie: w wąwozach wchodziliśmy na czworaka a zjeżdżaliśmy na ”czterech literach”.
Poranek pochmurny, wstajemy niewyspani. Jakąś źle dopiętą część namiotu podwiewało i przez całą noc słychać było męczące łopotanie. Na śniadanie poszliśmy na plażę. Już wczoraj nas zaciekawiła nazwa przystanku kolejowego Suchacz-Zamek, ale nie trafiliśmy na wyjaśnienie, skąd ten "zamek" (dopiero w domu doczytaliśmy, że chodzi o dawny hotel ”Zameczek nad Zatoką” Towarzystwa Rozwoju Turystyki Pieszej w Elblągu i Okolicy). Potem od razu mieliśmy problemy ze szlakiem - na rozwidleniu dróg w zasięgu wzroku nie było znaku,

Panorama - Dolina Olszanki.
poszliśmy więc szosą według mapy (starej). Za zakrętem natrafiliśmy na, jak się później okazało, stary nie skasowany przebieg szlaku, który z resztą za chwilę zniknął. Rzut oka na mapę - nowy przebieg szlaku MUSI przeciąć szosę z Suchacza do Łęcza. Poszliśmy więc te 3 km asfaltem i oczywiście trafiliśmy na szlak.
Zespół klasztorny franciszkanów w Kadynach.
A dalej było tak jak Wacław mówił na odprawie: w wąwozach wchodziliśmy na czworaka a zjeżdżaliśmy na "czterech literach". W dolinie przecięliśmy nasyp dawnej kolejki wąskotorowej i wspinając się na Grodzisko dotarliśmy do klasztoru i rezerwatu Kadyński Las. Po 8 latach widok ze znajdującej się tu wieży widokowej nie był już tak imponujący, niestety wszystko zarosło.
Dąb Bażyńskiego. Kadyny, brama zwieńczona pociskami armatnimi.
Kadyny Country Club z hotelem i spa. Kadyny Country Club z hotelem i spa.
Schodząc do Kadyn widzieliśmy charakterystyczne kominy z daszkiem na budynkach, minęliśmy dąb Bażyńskiego i skierowaliśmy się do zespołu pałacowego, w którym znajduje się Kadyny Country Club z hotelem i spa - atrakcje wybitnie nie OWRP-owskie. Przy wyjściu z miejscowości szlak znowu nam się gdzieś zapodział, ale dzięki mapie już za Kadynami odnaleźliśmy go bez trudu. W okolicach Białej Leśniczówki spostrzegliśmy, że tu nastąpiła zmiana jego przebiegu i szlak trochę się wydłużył.
Zapomniana kapliczka w dolinie Stradanki.
Na szczęście był dobrze wyznakowany, jedynie na pewnym odcinku mieliśmy "trasę przetrwania": przejście przez chaszcze, pokrzywy, osty itp. atrakcje :) W końcu doliną Stradanki doszliśmy do Tolkmicka. Byliśmy bardziej niż głodni i spragnieni. Dostrzegłszy pierwszą lepszą knajpkę zamówiliśmy typowe polskie jedzenie - pizzę. Z resztą w sąsiednim barze "nasi" też coś takiego jedli. Dopiero zaspokoiwszy potrzeby ciała zaczęliśmy zwiedzać miejscowość. Wrażenie na nas zrobiła niesamowite, tak jakby w Tolkmicku czas się zatrzymał (w dobrym tego słowa znaczeniu).
Tolkmicko. Kościół parafialny św. Jakuba Apostoła. Tolkmicko. Kościół parafialny św. Jakuba Apostoła. Tolkmicko. Kościół polskokatolicki p.w. Matki Bożej Anielskiej. Tolkmicko. Gotycka baszta. Tolkmicko. Barokowa kaplica cmentarna.
Pokręciliśmy się po uliczkach zachodząc do portu i na dworzec kolejowy, zwiedziliśmy kościół parafialny św. Jakuba Apostoła, zobaczyliśmy też kościół polskokatolicki p.w. Matki Bożej Anielskiej, gotycką basztę, a wychodząc z miasteczka także barokową kaplicę cmentarną. Wyruszyliśmy w stronę Fromborka mając w planie oczywiście dojście do Świętego Kamienia.
Szlak prowadził lasem, a my nie wiedząc czy nie przegapimy skrętu (kiedyś nie był wyraźnie oznakowany), poszliśmy torami. Chociaż "poszliśmy" to mało powiedziane, to było coś w rodzaju marszobiegu. Tory biegną przez chaszcze porastające strefę brzegową Zalewu Wiślanego, w których musieliśmy odpierać skomasowane ataki much końskich, komarów i innych nieznanych nam z nazwy fruwających killerów. Brr.
... w ekspresowym tempie dotarliśmy do wystającego z wody głazu.
Powiększ.
Po drodze minęliśmy przystanek PKP Święty Kamień.
Choć między podkładami widoczna była woda, przeszliśmy z zamkniętymi oczami...
Odganiając się, w ekspresowym tempie dotarliśmy do wystającego z wody głazu. O dziwo na plaży mieliśmy spokój, wszystko co lata zostało przy torach. Spotkaliśmy tam odpoczywających Alę, Janka i Rafała. My też zrobiliśmy przerwę, z resztą na tę okazję mieliśmy w plecaku po "Specjalu" :) Na plaży nie było piasku tylko miliony małych muszelek. Gdy nabraliśmy sił na dalszą walkę z owadami - ruszyliśmy, przed nami jeszcze 6 km. Znowu marszobieg, po drodze minęliśmy przystanek PKP Święty Kamień (ciekawe, że oddalony o jakieś 2,5 km od "tytułowego" głazu). Potem trafiliśmy na przeszkodę, przed którą ostrzegał na odprawie Wacław: most kolejowy nad rzeczką Narusą. I choć między podkładami widoczna była woda, przeszliśmy z zamkniętymi oczami...
Widok Fromborka ucieszył nas jak zwykle.
... poszliśmy na miejsce noclegu, przy szkole opodal wzgórza katedralnego.
Widok Fromborka ucieszył nas jak zwykle. Zmęczeni, zatrzymaliśmy się w jakiejś knajpce zanurzyć usta w zimnym piwku. Po krótkim odpoczynku poszliśmy na miejsce noclegu, przy szkole opodal wzgórza katedralnego. Niestety nie było pryszniców, co po tym upale dało nam się we znaki. Przed odprawą zrobiliśmy jeszcze zakupy i wróciliśmy do namiotu regenerować siły przed kolejnym dniem.

   5. ODPRAWA   



Dzień 5 - Mrówki i pozostałości bunkrów
Trasa: Frombork - Braniewo (15 km, nie licząc ponownego dojścia do kościoła Św. Krzyża)



Panorama - Frombork z wieży Radziejowskiego.
Frombork. Grób Mikołaja Kopernika.
Pobudka. Upał. Na szczęście dzisiaj jest krótka trasa. Od rana zwiedzaliśmy Frombork: katedrę (a dokładniej bazylikę archikatedralną Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Andrzeja), a w niej m.in. grób Mikołaja Kopernika, muzeum znajdujące się w dawnych kanoniach wewnętrznych. Weszliśmy też na wieżę Radziejowskiego, z której rozpościera się najlepsza panorama Fromborka i okolic. Od niedawna można robić zdjęcia w środku, więc tym razem legalnie pstryknęliśmy fotkę wahadłu Foucaulta.
Frombork. Obwarowania katedralne. Frombork. Wahadło Foucaulta. Frombork. Bazylika archikatedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Andrzeja. Fromborka. Wieża Mikołaja Kopernika. Frombork. Bazylika archikatedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Andrzeja.
Koło południa ruszyliśmy wreszcie w trasę. Zachęceni opowieściami Wacława postanowiliśmy poszukać bunkrów na Górze Bunkrowej.
... znaleźliśmy tylko dwa wysadzone bunkry ...
Miała być tam kopuła, jedna z dwóch ocalałych w Polsce. Niestety bez dokładnej mapy, znaleźliśmy tylko dwa wysadzone bunkry, reszty umocnień nie dało nam się zlokalizować. Już po powrocie do domu okazało się, że warto było szukać, mamy przynajmniej pretekst, żeby pojechać tam jeszcze raz. Dodam, że góra ta powinna się nazywać Mrówcza, już dawno nie byliśmy tak dotkliwie pogryzieni przez te małe owadzie gryzonie.
Szliśmy i szliśmy, lasami, łąkami, mijaliśmy gospodarstwa, konie. Odpoczynek w Podgórzu.
Potem dotarliśmy do kościoła św. Krzyża na przedmieściach Braniewa. Kościół św. Krzyża na przedmieściach Braniewa.
Zawiedzeni wróciliśmy na szlak. Szliśmy i szliśmy, lasami, łąkami, mijaliśmy gospodarstwa, konie. Wszystko co żywe, chowało się przed upałem, tylko my nie... W okolicach Podgórza szlak zmienił przebieg, ale w końcu po to mamy mapę i jesteśmy na wysokokwalifikowanym rajdzie, żeby sobie radzić. Potem dotarliśmy do kościoła św. Krzyża na przedmieściach Braniewa. Na szczęście był otwarty - weszliśmy, zrobiliśmy fotki i wzdłuż Pasłęki doszliśmy do MOSiR-u, gdzie nocowaliśmy. Rozbiliśmy namiot, odświeżyliśmy się w jednym z boiskowych natrysków, drugi był zarezerwowany dla akurat trenujących piłkarzy. Wymusiło to tymczasową koedukację w łazienkach (oczywiście na zmiany - nie jednoczesną), ale było później przyczyną zabawnych pomyłek... :)
Z okazji rocznicy bitwy pod Grunwaldem w katedrze odbyła msza z udziałem rycerstwa. Braniewo. Bazylika p.w. św. Katarzyny.
Przewodnik ... zaprowadził nas do kościoła św. Krzyża. Wieczorem było pierwsze ognisko.
O 18:00 mieliśmy zbiórkę przed bazyliką p.w. św. Katarzyny, czekał tam na nas przewodnik, jak się później okazało gawędziarz. Z okazji rocznicy bitwy pod Grunwaldem w bazylice odbyła msza z udziałem rycerstwa, sztuk 4. Przewodnik trochę z tego żartował, że w Braniewie w tamtych czasach było tylko 2 rycerzy, w dodatku krzyżackich. Później opowiedział nam historię Braniewa i... zaprowadził nas do kościoła św. Krzyża, a droga krótka nie była. Pod koniec dodatkowej wycieczki odłączyliśmy się i poszliśmy na obiad. Wieczorem było pierwsze ognisko, my wykończeni upałem poszliśmy wcześniej spać.

   6. ODPRAWA   



Dzień 6 - Asfaltowo nam
Trasa: Braniewo - Szyleny - Brzeszczyny - Płoskinia (16 km)
Trasę zmieniliśmy idąc przez Tolkowiec (po zmianie ok. 20 km)


Braniewo. Nocleg na terenie MOSiR-u. Braniewo. Przepławka.
Braniewo. Wieża bramna dawnego Zamku Biskupiego. Braniewo. ZOO.
Noc ciężka, do późna dobiegały śpiewy z ogniska... Po spakowaniu wyruszyliśmy na zakupy i śniadanie. Od rana spadło kilka kropel deszczu. W Braniewie chcieliśmy iść na skróty, ale okazało się, że trzeba by przejść przez czynny most kolejowy, woleliśmy nie ryzykować.
Braniewo. Kościół św. Trójcy.
Po 1,5 godzinie przeszliśmy pod tzw. Berlinką.
Ale dzięki temu obejrzeliśmy Kolegium Jezuitów (Collegium Hosianum) i miejskie ZOO, a w miejscowej Informacji Turystycznej zakupiliśmy brakującą mapę "setkę" - Elbląg. Idąc w kierunku wylotu z miasta minęliśmy kościół św. Trójcy (obecnie cerkiew greckokatolicka), przy dworcu PKP znaleźliśmy się dokładnie o 9:30. Ponieważ dzisiejsza trasa była w 90% asfaltowa, pozostali uczestnicy pojechali pociągiem (właśnie o 9:30), żeby trasę zacząć z innego kierunku. Nam mimo tego asfaltu szło się bardzo przyjemnie, nie było bardzo gorąco. Po 1,5 godzinie przeszliśmy pod tzw. Berlinką - autostradą, która miała połączyć Berlin z Królewcem, a w końcu stała się jednym z pretekstów do wywołania wojny...
Tolkowiec. Kościół p.w. św. Marcina.
Tolkowiec. Kościół p.w. św. Marcina.
Tolkowiec. Kościół p.w. św. Marcina.
Potem idąc przez kilka wiosek, które wyglądały na bezludne, dotarliśmy do Tolkowca, gdzie znajdował się ciekawy kościół p.w. św. Marcina. Niestety, we wsi nie było sklepu. Obejrzeliśmy kościół przy okazji wzbudzając zainteresowanie kogoś z plebanii. Z Tolkowca poszliśmy dalej wg mapy w kierunku Płoskini. Na początku gruntowa droga, na mapie zaznaczona kreskowaną linią, była szeroka. Okazało się, że prowadziła ona do nieistniejącego już gospodarstwa, za którym po prostu zniknęła.
Z Tolkowca poszliśmy dalej wg mapy... ... przeskoczyliśmy na inną drogę prowadzącą wprost do Płoskini..
Płoskinia. Gotycki kościół parafialny p.w św. Katarzyny. Płoskinia. Gotycki kościół parafialny p.w św. Katarzyny.
Nie pozostało nam nic innego jak kontynuować marsz we wcześniej obranym kierunku jakimiś zarośniętymi łąkami. Dzięki temu kilkaset metrów dalej szczęśliwie przeskoczyliśmy na inną drogę prowadzącą wprost do Płoskini. Spaliśmy na boisku przy pięknej szkole. We wsi również był ciekawy gotycki kościół parafialny p.w św. Katarzyny, ale także spory i dobrze zaopatrzony sklep, pod którym można było zaspokoić pragnienie w towarzystwie "tubylców". Jeden podchmielony jegomość koniecznie "chciał nam dać w pysk", inni uspokajali go i z zaciekawieniem, a nawet zdziwieniem wypytywali o nasz rajd: "chyba wam płacą za te chodzenie".
Tego dnia odbyła pierwsza część eliminacji ... w konkursie krajoznawczym.
W tle było słychać burzę, która niestety przeszła bokiem, bo byłaby szansa na lekkie ochłodzenie. Tego dnia odbyła pierwsza część eliminacji mających wyłonić trzy osoby, które będą reprezentować naszą trasę w konkursie krajoznawczym na zakończeniu rajdu. Na odprawie otrzymaliśmy propozycję skorzystania następnego dnia z kolacji u księży Werbistów (za drobną opłatą 5 zł od osoby), oczywiście skusiliśmy się. Po odprawie było ognisko.

   7. ODPRAWA   



Dzień 7 - Nie ma, nie ma wody na pustyni
Trasa: Płoskinia - Podlechy - Długobór - Wojnity - rez. Rzeki Wałszy - seminarium w Pieniężnie (21 km)
Trasa zmieniona: Płoskinia - Robuzy - Długobór - Wojnity - Pieniężno - seminarium (ok. 27 km)


... po pierwszych kilometrach się oddzieliliśmy od grupy - każdy chodzi swoim tempem.
Rano musieliśmy zrobić zakupy od razu na wieczór, ponieważ klasztor w Pieniężnie, przy którym mieliśmy nocować, znajduje się ok. 3 km od miasta. Zakupy, w szczególności napoje, zapakowaliśmy do plecaków, które zabrał samochód, poszliśmy na śniadanie i zaopatrzyć się na trasę. Z Płoskini wyruszyliśmy gromadą, jednak po pierwszych kilometrach się oddzieliliśmy od grupy - każdy chodzi swoim tempem.
Pierwszy przystanek mieliśmy w Długoborze...
... gdzie znajduje się kościół pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Jana Ewangelisty.
Pierwszy przystanek mieliśmy w Długoborze, gdzie znajduje się kościół pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Jana Ewangelisty i gdzie na 100% miał być otwarty sklep, w którym planowaliśmy uzupełnić zapasy na dalszą drogę. Niestety, pocałowaliśmy klamkę, podobno właściciel wybrał się na bitwę pod Grunwaldem. Zawiedzeni i zmartwieni kończącymi się zapasami wody poszliśmy dalej.
... gdy doszliśmy do Wojnit ...
Upał wzrastał, gdy doszliśmy do Wojnit nastąpił kryzys - na moście nad Wałszą wypiliśmy ostatnie krople wody, a i tak dalej byliśmy "wyschnięci". Planowaliśmy w tym miejscu zmienić trasę: pójść do Pieniężna drugą stroną doliny Wałszy, zwiedzić miasteczko i dopiero dojść do seminarium Werbistów. Trasa wydłużyła by się o ok. 6 km, ale mielibyśmy lepszą sytuację następnego dnia. Żeby chociaż było jakieś zejście do rzeki, żeby się schłodzić... Zaczęliśmy zaglądać do pobliskich domostw, drugim z kolei był dom Sołtysa, w którym nie znana z imienia pani uratowała nas wspaniałą, zimną wodą prosto ze studni. Najpierw prawie duszkiem wypiliśmy 1,5 litra, potem poprosiliśmy o ponowne napełnienie butelki Dziękujemy!!! Dzięki temu dotarliśmy bez problemu do Pieniężna (choć po drodze wypiliśmy te drugie 1,5 l).
Pieniężno. Kościół św. Piotra i Pawła. Pieniężno. Kościół św. Piotra i Pawła.
Pieniężno. Niedostępny zamek Kapituły Warmińskiej. Pieniężno...
W samym mieście zwiedziliśmy kościół św. Piotra i Pawła, zobaczyliśmy niedostępny zamek Kapituły Warmińskiej, potem szukaliśmy knajpki, w której 8 lat temu jedliśmy bardzo smaczny obiad. Niestety okazało się, że knajpa "zwinęła się" i zostaliśmy skazani na pizzerię. Z drugiej strony nie narzekaliśmy za bardzo - w lokalu mieli sprawą klimatyzację :) Syci zrobiliśmy jeszcze drobne zakupy i wyruszyliśmy do klasztoru.
... u gościnnych Werbistów.
... u gościnnych Werbistów.
Kolacja była zaplanowana na 19, mając do dyspozycji prysznice, odświeżyliśmy się, obejrzeliśmy zdjęcia, uzupełniliśmy notatki. Okazało się, że jest możliwość zamówienia u gościnnych Werbistów także śniadania, na godzinę 6:45 (opłata symboliczna jak za kolację). Chętnie przystaliśmy na tę propozycje. Głodni ruszyliśmy na kolację i, chyba każdy, przeżył szok. Poczęstowano nas: żurkiem, bigosem, dodatkowo był chleb, wędlina, pomidory i wszystko własnej roboty!!! Mniam. Najedzeni wróciliśmy do naszego obozowiska na odprawę, na której poinformowaliśmy, że następnego dnia zmieniamy trasę - ponieważ już dziś zobaczyliśmy miasto (a zrobiliśmy to z premedytacją), mogliśmy wprost z seminarium powędrować nad kąpielowe j. Taftowo, znane nam z rajdu w 2002 roku. Pozostali OWRP-owicze planowali pójść do Pieniężna, którego idąc prawidłowo dzisiejszą trasą nie zwiedzali. Z Pieniężna mieli podjechać do Henrykowa (żeby nie iść asfaltem) i dalej już pójść do Ornety. To były plany, ale pogoda zadecydowała inaczej, niestety...

   8. ODPRAWA   



Dzień 8 - Burza w rezerwacie
Trasa: Pieniężno - Henrykowo - Kumajny - Krosno - Orneta (20 km)
Trasa zmieniona: Pieniężno - rez. Dolina Rzeki Wałszy - Wojnity - Jez. Taftowo - Glebisko - Henrykowo - Kumajny - Krosno - Orneta (ok. 24 km)


Misyjne Seminarium Duchowne Księży Werbistów w Pieniężnie. Dolina Rzeki Wałszy.
Źródełko. Kapliczka.
Prawie całą noc lało i grzmiało, na szczęście dla naszych namiotów nie było wichury. Niestety rano się nie wypogodziło, zwijaliśmy się "na mokro". O 7:00 zjedliśmy wystawne śniadanie i wyruszyliśmy w drogę, której mimo niepewnej pogody pierwszym celem było jezioro Taftowo.
... potem kierowaliśmy się na wieżę widokową, z której miał być widoczny klasztor.
Rzeczywiście, jak się dobrze przypatrzyć, to dachy seminarium wystawały ponad lasem.
Na początku weszliśmy do rezerwatu Wałszy, którym chcieliśmy dojść do wsi Wojnity. Idąc do kapliczki minęliśmy się z kilkorgiem OWRP-owiczów, potem kierowaliśmy się na wieżę widokową, z której miał być widoczny klasztor. Rzeczywiście, jak się dobrze przypatrzyć, to dachy seminarium wystawały ponad lasem. Gdy schodziliśmy z wieży na liściach zabębniły pierwsze krople deszczu. W tle coraz bardziej grzmiało. Nagle lunęło. Szybko założyliśmy peleryny. Pioruny zaczęły walić gdzieś w lesie w pobliżu nas. W strugach deszczu uciekliśmy z eksponowanej krawędzi urwiska bliżej dna wąwozu i stanęliśmy czekając na rozwój sytuacji. W lesie zrobiło ciemno jak w nocy, nie dało się iść. Minęło jakieś pół godziny, gdy burza trochę osłabła, coraz mniej padało. Ruszyliśmy, początkowo próbowaliśmy szlakiem, który wiódł dnem wąwozu. Po ulewie zrobiło się jednak bagno nie do przejścia, zdecydowaliśmy się na wyjście "na azymut". Mieliśmy jednak trochę szczęścia, że w tej plątaninie porozwidlanych wąwozów i dolinek udało nam się wreszcie wydostać - zobaczyliśmy drogę. Dojścia do niej "bronił" ogrodzony drutem kolczastym i elektrycznym pastuchem teren jakiegoś pastwiska. Poszliśmy wzdłuż ogrodzenia docierając jednak do miejsca, gdzie nie dało się iść - urwisko zbliżało się do samego płotu. Trochę gimnastyki i przeszliśmy pod tymi drutami, stanęliśmy w końcu na właściwej drodze.

Panorama - Jezioro Taftowo.
Jez. Taftowo ... po tym deszczu odechciało nam się kąpieli.
W Wojnitach, nie dochodząc do naszej wczorajszej "oazy" - domu sołtysa, skierowaliśmy się leśnymi drogami, wg mapy, w kierunku jeziora Taftowo. Cały czas padało i co gorsza bardzo nas gryzły końskie muchy. Niestety warunki pogodowe sprawiły, że nad jeziorem znaleźliśmy się później niż planowaliśmy, a w dodatku po tym deszczu odechciało nam się kąpieli. Nad jeziorem zjedliśmy tylko drugie śniadanie, a w pobliskich Glebiskach skorzystaliśmy z wiejskiego sklepiku (pijąc Specjala za świerczkami :)
Henrykowo... ... We wsi obejrzeliśmy kościół p.w. św. Katarzyny.
Droga do Henrykowa była już asfaltowa. We wsi obejrzeliśmy kościół p.w. św. Katarzyny, spodziewaliśmy się także sklepu,
Kumajny. Wieża obserwacyjna.
jednak nie udało się go zlokalizować, a następny dopiero był w Ornecie. Miało to znaczenie w obliczu małej "katastrofy" - na skrzyżowaniu poczułem, że mam mokre plecy (tzn. ich część, która nazywa się mniej szlachetnie). Okazało się, że statyw od aparatu przebił butelkę z wodą gazowana. Gdy robiliśmy porządki w plecaku zatrzymał się przy nas jakiś miejscowy jegomość proponując nam podwiezienie - nie skorzystaliśmy...
Z Henrykowa przez Kumajny udaliśmy się do Krosna, gdzie znajduje się kościół Nawiedzenia NMP wzorowany na sanktuarium w Świętej Lipce.
Krosno... Piękne miejsce... ... choć trochę zaniedbane, zdaje się że parafia nie jest zbyt zamożna. Krosno. Krosno.
Piękne miejsce, choć trochę zaniedbane, zdaje się że parafia nie jest zbyt zamożna. Dodatkowo w czerwcu 2010 roku doszło tam do pożaru wywołanego przez 2 złodziei dla zatarcia śladów włamania. Pochmurna pogoda nie zachęcała do robienia zdjęć, więc po chwili odpoczynku głodni i zmęczeni skierowaliśmy się do Ornety.
W mieście w pierwszej kolejności zlokalizowaliśmy knajpkę i zjedliśmy, później udaliśmy się do miejsca naszego noclegu. Ze względu na pogodę była możliwość nocowania na sali gimnastycznej, ale my i oprócz nas dwie osoby: Ala i Edward, zdecydowały się na rozbicie namiotów na trawniku przed ośrodkiem. Ponieważ chodnikiem obok wędrowały całe gromady "tubylców",
Orneta... my i oprócz nas dwie osoby: Ala i Edward, zdecydowały się na rozbicie namiotów na trawniku przed ośrodkiem. Wieczorem zaczęło się rozpogadzać.
w nocy mieliśmy być pilnowani przez firmę ochroniarską. Na odprawie okazało się, że trasę "na piechotę" przeszliśmy tylko my, reszta gdy zaczęła się burza, przyjechała z Pieniężna do Ornety PKS-em. Czyżby twarde "Czarne stopy"... Wieczorem zaczęło się rozpogadzać.


Dzień 9 - A miała być kąpiel
Trasa: Orneta - Biały Dwór - Opin - Lubomino (19 km)
Trasa zmieniona: Orneta - Wójtowo - Biała Wola - Piotrowo - Jez. Tonka - Piotrowo - Biała Wola - Lubomino (ok. 23 km)


Orneta. Rynek. Orneta. Kościół parafialny św. Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty.
Orneta. Ratusz. Orneta. Kościół parafialny św. Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty.
Powiększ.
Od rana się rozpogadzało. Na godzinę 9 zaplanowane było zwiedzanie gotyckiego kościoła parafialnego św. Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty. Ksiądz bardzo ciekawie opowiedział historię kościoła, później mogliśmy z czystym sumieniem pozaglądać w różne zakamarki świątyni. W Ornecie obejrzeliśmy też ratusz i rynek, potem rozdzieliliśmy się - osoby, które dzień wcześniej przyjechały do Ornety nadrabiały zaległości: najpierw poszły do sanktuarium w Krośnie, dalszą trasę omijającą asfalty i biegnącą starym nasypem kolei wyznaczył im Wacław. My natomiast nastawiliśmy się znowu na kąpiel i zaplanowaliśmy wędrówkę "na azymut" nad jezioro Tonka.
Orneta... przy dużej kapliczce dziękczynnej ... zeszliśmy z asfaltu.
Powiększ.
Z miasta wyszliśmy ruchliwą szosą w kierunku Lubomina, na szczęście po 3 km, przy dużej kapliczce dziękczynnej (tu chwilkę odpoczęliśmy), zeszliśmy z asfaltu.
... doszliśmy do osady Wójtowo (jak widać :)
Jezioro Tonka, plaża zagospodarowana, czyli trochę piasku z pomostem.
Droga prowadziła najpierw lasem, później łąkami pośród których miejscami zanikała, aż doszliśmy do osady Wójtowo, gdzie przywitały nas opuszczone domostwa i asfalt. Przed Białą Wolą zatrzymała się koło nas trójka miejscowych rowerzystów pytając dokąd idziemy. Usłyszawszy o naszych planach kąpielowych pokierowali nas na dziką plażę we wsi. Powiedzieli też, że dalej w Piotrowie jest plaża zagospodarowana. Jak się później okazało dzika plaża to wąskie wejście do wody między trzcinami, wokół pełno śmieci. Ta zagospodarowana, czyli trochę piasku z pomostem, położona była pośród rozległego "osiedla" domków letniskowych, do którego wejścia broniła tabliczka z napisem "Teren prywatny". Większość samochodów, które tam widzieliśmy, była na warszawskich tablicach. Zniechęceni wróciliśmy do Białej Woli, skąd malowniczymi polnymi drogami powędrowaliśmy do Lubomina.
Lubomino. Kościół p.w. św. Katarzyny Aleksandryjskiej.
Nocowaliśmy przy szkole, tym razem niestety nie było pryszniców, ani nawet tego "ogrodowego". W knajpie naprzeciwko udało nam się zjeść chłodnik i wypełnić pocztówki, które tradycyjnie wysyłamy z urlopów. Obejrzeliśmy kościół p.w. św. Katarzyny Aleksandryjskiej, z zakupami też nie było problemów - we wsi oprócz knajpy były 2 duże sklepy. Na odprawie dowiedzieliśmy się, że następnego dnia miało być "27 km klepania asfaltem". Padła propozycja wynajęcia busa i zrobienia objazdówki po najciekawszych obiektach okolicy. My zrezygnowaliśmy, wystarczył rzut oka na mapę i już mieliśmy "pieszy" plan na następny dzień: ciąg dalszy szlaku Kopernika. Wieczorem po odprawie znowu mieliśmy ognisko. Mając jutro przed sobą dłuuugą trasę poszliśmy wcześniej spać...


Dzień 10 - wbrew wszystkim
Trasa: Lubomino - Bieniewo - Wolnica - Łaniewo - Lidzbark Warmiński (27 km)
Trasa zmieniona: Mingajny (dojazd autobusem) - Kaszuny - Miejska Wola - Bugi - Runowo - Ignalin - Długołęka - Lidzbark Warmiński (ok. 28 km)


W Mingajnach obejrzeliśmy gotycki kościół pw. św. Wawrzyńca.
Wszyscy rano szykowali się na busa, my na PKS, żeby dojechać do Ornety a następnie do Mingajn, gdzie "łapaliśmy" czerwony szlak. Trasa okazała się bardzo malownicza, nie żałowaliśmy decyzji. W Mingajnach obejrzeliśmy gotycki kościół pw. św. Wawrzyńca i ruszyliśmy szybkim krokiem na trasę wiedząc, że będzie długa.
Widoczny w oddali kościół w Babiaku. Dalej doszliśmy do Miejskiej Woli, tu zrobiliśmy krótki odpoczynek na skwerze z ławkami, huśtawkami itp.
Szliśmy długi czas lasami, minęliśmy leśniczówkę ze szkółką leśną, gdzie przywitał nas fajny psiak.

Panorama - Okolice Miejskiej Woli.
Dalej doszliśmy do Miejskiej Woli, tu zrobiliśmy krótki odpoczynek na skwerze z ławkami, huśtawkami itp. z oddali obserwował nas jakiś tubylec. Kręcił się jakby chciał sprawdzić kim jesteśmy, ale podejść się nie odważył...
W Bugach minęliśmy malowniczą kapliczkę... ... następną miejscowością było Runowo ...
... z gotyckim kościołem p.w. św. Apostołów Szymona i Judy Tadeusza ... ... i zabawnymi dekoracjami w obejściach.
Powiększ.
W Bugach minęliśmy malowniczą kapliczkę, następną miejscowością było Runowo z gotyckim kościołem p.w. św. Apostołów Szymona i Judy Tadeusza i zabawnymi dekoracjami w obejściach.
W Ignalinie również był kościół, tym razem barokowy p.w. św. Jana Ewangelisty i Matki Boskiej Częstochowskiej.
Kościół w Ignalinie.
Do Ignalina niestety musieliśmy iść asfaltem, niedogodność tę rekompensował krajobraz: pofalowane wzgórzami pola, łąki i lasy... na których 10 czerwca 1807 roku rozegrała się bitwa armii napoleońskiej z wojskami prusko-rosyjskimi. W Ignalinie również był kościół, tym razem barokowy p.w. św. Jana Ewangelisty i Matki Boskiej Częstochowskiej. Był także sklep przy którym zrobiliśmy sobie przerwę. Sprzedawczyni powiedziała, że naszego Specjala można wypić w "campingu" - specjalnej altance postawione na takie okazje. We wsi zmieniliśmy kierunek: żeby nie iść do Lidzbarka asfaltem wybraliśmy zaznaczoną na mapie polną drogę w kierunku osady Długołęka. Niestety po jakimś czasie droga się skończyła, a raczej nieużywana zarosła i musieliśmy przedzierać się przez wysokie chaszcze. Nogi mieliśmy podrapane, poparzone przez pokrzywy, ale taki już urok rajdu. Na szczęście po kilkuset metrach droga pojawiła się i dalej szliśmy już normalnie. Z wariantu nasypem nieistniejącej linii kolejowej zrezygnowaliśmy, bo w tym miejscu pracowały kombajny zbożowe wzbijające tumany kurzu.
Lidzbark Warmiński. Kolegiata św. Piotra i Pawła. Lidzbark Warmiński. Zamek biskupów warmińskich.
Lidzbark Warmiński. Nad Łyną. Lidzbark Warmiński. Wysoka Brama.
Na przedmieściach Lidzbarka byliśmy o 16, nasze tempo nas samych bardzo zaskoczyło. Minęliśmy jakieś jednostki wojskowe i wylądowaliśmy w kasynie wojskowym, w którym zjedliśmy dobry obiad za 8 zł. Najedzeni poszliśmy szukać Zespołu Szkół Licealnych, przy których przewidziany był nocleg. Nikogo jeszcze z naszej grupy nie było. Rozbiliśmy namiot i ruszyliśmy zwiedzić miasto. Idąc do kolegiaty św. Piotra i Pawła spotkaliśmy wycieczkowiczów, potem zerknęliśmy z zewnątrz na akurat remontowany zamek biskupów warmińskich. Wieczorem na odprawie Wacław zaproponował dwa warianty jutrzejszej trasy: całość szlakiem, który miał się gdzieś na zaoranych polach gubić, lub częściowo bez szlaku, ale za to z atrakcjami. Zdecydowaliśmy się na drugi...

   11. ODPRAWA   



Dzień 11 - Przed(i)wojenne ciekawostki
Trasa: Lidzbark Warmiński - Pilnik - Wróblik - Smolajny (21 km)
Trasa zmieniona: Lidzbark Warmiński - Pilnik - Nowosady - Łaniewo - Urbanowo - Smolajny (ok. 27 km, w tym 2 km "zmyłki")


Lidzbark Warmiński. Nocleg przy Zespole Szkół Licealnych. ... od rana zaliczyliśmy Krzyżową Górę.
Z Krzyżowej Góry zeszliśmy ... ... do Pilnika, gdzie przykuł naszą uwagę barokowy kościół p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego.
W związku z tym, że wczoraj nie poszliśmy, to od rana zaliczyliśmy Krzyżową Górę. Czarny szlak, który miał nas tam zaprowadzić, wił się i znikał, ale udało się dojść.

Panorama - widok z Krzyzowej Góry.
Okazało się, że jest tam stok narciarski, a latem "poligon" dla quadów i enduro. Z Krzyżowej Góry zeszliśmy wprost do Pilnika, gdzie przykuł naszą uwagę barokowy kościół p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego. A dalej już las i łąki, aż do Nowosadów. Po drodze otrzymaliśmy propozycję podwiezienia - odmawiając grzecznie podziękowaliśmy. Potem jakaś pani na rowerze opowiadała "ile to turystów jest przed nami" (co by było, gdyby nasza trasa miała normalną liczebność?)
W Nowosadach zapatrzeni na kapliczkę... ... dołożyliśmy sobie do wycieczki dodatkowe 2 kilometry.
Na szlaku. Łyna. Mogliśmy odsapnąć i wymoczyć zmęczone (czarne) stopy.
W Nowosadach zapatrzeni na kapliczkę przegapiliśmy właściwy skręt i dołożyliśmy sobie do wycieczki dodatkowe 2 kilometry. Dalej droga wiodła malowniczymi polami, jednak trzeba było ciągle patrzeć pod nogi - musiał tu padać nie dawno deszcz, bo co chwilę trzeba było omijać kałuże. W końcu doszliśmy do miejsca, w którym zgodnie z sugestią skierowaliśmy się drogą w kierunku mostu na Łynie, żeby dojść do Łaniewa. To już był ten drugi wariant trasy. Minęliśmy jakieś bagienko płosząc kilka czapli i znaleźliśmy się na moście, przy którym było zejście do rzeki. Mogliśmy odsapnąć i wymoczyć zmęczone (czarne) stopy. Nurt był jednak tak rwący, że nie odważyliśmy się na kąpiel.
Łaniewo. Przedwojenna skrzynka pocztowa.
Urbanowo z ciekawą współczesną drogą krzyżową.
W Łaniewie zrobiliśmy zakupy, bo nie wiedzieliśmy do której w Smolajnach będzie czynny oddalony o 1,5 km od pałacu sklep. Tu także wypytaliśmy o przedwojenną skrzynkę pocztową, która miała się znajdować na dawnym budynku stacji. Trafiliśmy w "10", pani sklepowa mieszkała akurat po sąsiedzku, więc pokierowała nas odpowiednio. Na miejscu współwłaścicielka budynku opowiedziała nam kilka historii z nią związanych, m.in. jak odwiedzili ją turyści z Olsztyna. Z opisu domyśliliśmy się, że byli to Helena i Wacław :)
... tego dnia znaleźliśmy na leśnej drodze bagnet ...
Dalej wzdłuż Łyny wędrowaliśmy do Smolajn, po drodze mijając Urbanowo z ciekawą współczesną drogą krzyżową. Okazało się, że przedwojenna skrzynka pocztowa nie była jedyną atrakcją historyczną, tego dnia znaleźliśmy na leśnej drodze bagnet (w domu okazało się, że do Mausera wzór 1942).
Smolajny. Biwak za sceną. Smolajny. Letnia rezydencja biskupów warmińskich ... Malowniczo położona pięknie się prezentowała w późnym słonecznym świetle.
W końcu dotarliśmy do dawnej letniej rezydencji biskupów warmińskich, która wywarła na nas niesamowite wrażenie. Malowniczo położona pięknie się prezentowała w późnym słonecznym świetle.
Dziś były prysznice - dla pań w piwnicy ale z zimną wodą, dla panów na łące nie zastąpiony wąż ogrodowy chyba z cieplejszą wodą :) Wybraliśmy się do sklepu po prowiant i napitki na wieczorne ognisko. Okazało się, że przy sklepie jest też bar z lanym Specjalem.
Na odprawę dyrektor szkoły znajdującej się w pałacu przyniósł ogromnych rozmiarów Kronikę ... ... w której znaleźliśmy wpisy z OWRP sprzed 8 lat. Oczywiście my także się wpisaliśmy. Po odprawie poszliśmy na ognisko. Na ognisku niezłą uciechę miały też komary, których były tam nieprzebrane zastępy.
Powiększ.
Na odprawę dyrektor szkoły znajdującej się w pałacu przyniósł ogromnych rozmiarów Kronikę, w której znaleźliśmy wpisy z OWRP sprzed 8 lat. Oczywiście my także się wpisaliśmy. Wacław poinformował nas, że nasza dwuosobowa drużyna "Czarne stopy" została wytypowana, jako jedna z trzech, do wywiadu radiowego następnego dnia. Po odprawie poszliśmy na ognisko, na którym padła propozycja napisania piosenki o naszej trasie, miały to zrobić koleżanki "Góralki niskopienne". Na ognisku niezłą uciechę miały też komary, których były tam nieprzebrane zastępy.

   12. ODPRAWA   



Dzień 12 - Wywiad
Trasa: Smolajny - Dobre Miasto - Głotowo - Swobodno (15 km)


Dziś 22 lipca. W drogę wyruszyliśmy pierwsi, na trasę wygonił nas głód, a coś na śniadanie mogliśmy kupić dopiero w Dobrym Mieście. Na początku trasy złapało nas Radio Olsztyn. Teraz już nie pamiętamy, co tam stremowani pletliśmy do mikrofonu, na pewno o naszym obuwiu i kolorze stóp. Trwało to chyba wieczność... a na pewno pół godziny. Szkoda że nie można tego odsłuchać w domu.
Dobre Miasto. Kolegiata pw. Najświętszego Zbawiciela i Wszystkich Świętych ... ... i budynki mieszkalne kanoników.
Kościół pw. Św. Mikołaja. Baszta Bociania.
Zwiedzanie Dobrego Miasta zaczęliśmy od poszukiwania sklepu i śniadania na ławce opodal kolegiaty pw. Najświętszego Zbawiciela i Wszystkich Świętych. Potem zajrzeliśmy do środka, niestety tylko przez kratę, nie mogliśmy trafić na wejście, o którym mówiła Helena.
Powróciliśmy do kolegiaty ...
Przed wyjściem z miasta namierzyliśmy jeszcze knajpkę z zimnym piwem, po chwili siedzieli z nami inni rajdowicze.
Zrobiliśmy rundkę po mieście oglądając kościół pw. Św. Mikołaja, dawny kościół ewangelicki (obecnie biblioteka), Basztę Bocianią (muzeum, które znajduje się wewnątrz, było zamknięte na trzy spusty) oraz fragmenty murów miejskich. Powróciliśmy do kolegiaty, akurat zebrała się grupka rajdowiczów i nie wiadomo skąd pojawiła się Helena, która załatwiła nam wejście do wnętrza przez klasztor (a mówiłem że to nasz Dobry Duch :) Przed wyjściem z miasta namierzyliśmy jeszcze knajpkę z zimnym piwem, po chwili siedzieli z nami inni rajdowicze. Tu jednak rozdzieliliśmy się - my szliśmy piechotą, oni czekali na busa.
Głotowo znane jest z bardzo ciekawie położonej (w zadrzewionym jarze rzeki Kwieli) Kalwarii Warmińskiej. W kościele kalwaryjnym pw. Zbawiciela ...
... przeprowadzana była renowacja. Droga do jeziora nam się dłużyła... (widok na Głotowo).
Głotowo znane jest z bardzo ciekawie położonej (w zadrzewionym jarze rzeki Kwieli) Kalwarii Warmińskiej. W kościele kalwaryjnym pw. Zbawiciela przeprowadzana była renowacja. Po obejrzeniu wszystkiego szybko ruszyliśmy w trasę, gdyż na mecie czekało na nas jezioro Limajno. Droga do jeziora nam się dłużyła, upał doskwierał, na szutrowym odcinku okurzyły nas samochody, w asfalcie zaś zostawialiśmy ślady.
Jezioro Limajno. Uff nareszcie dotarliśmy, niestety tłum ludzi, ale tego można było się spodziewać.
Uff nareszcie dotarliśmy, niestety tłum ludzi, ale tego można było się spodziewać. Rozbiliśmy namiot, zjedliśmy obiadek i ... kąpiel. Woda ciepła, czyściutka. Po godzinnym pluskaniu w wodzie ruszyliśmy na zwiady po okolicy, tak się składa, że nie potrafimy dłużej wysiedzieć w jednym miejscu.
Rozbiliśmy namiot, zjedliśmy obiadek i ... kąpiel. Wacław namówił nas na pływanie Jego łódką, którą trzymał na tym jeziorze.
Gdy wróciliśmy, Wacław namówił nas na pływanie Jego łódką, którą trzymał na tym jeziorze. No cóż zdecydowaliśmy się. To był nasz pierwszy taki rejs. Wiosłuje się łatwiej niż na kajaku, gorzej ze sterowaniem, baliśmy się, że pójdziemy w ślady "Titanica"... Wieczorem szybka kąpiel w jeziorze i regenerowanie sił na kolejny dzień wędrówki.


Dzień 13 - Ostatnie ognisko
Trasa: Swobodno - Cerkiewnik - Barkweda - Dywity (16 km)
Trasa zmieniona: Swobodno - Cerkiewnik - Barkweda - Brąswałd - Dywity (ok. 19 km)


Nieco dalej minęliśmy inne, nazywane wszędzie ”Kapeluszem”. Cerkiewnik. ”Towarzystwo” na przeciwko sklepu.
Cerkiewnik. Kościół parafialny p.w. św. Katarzyny. Cerkiewnik.
Powiększ.
Noc była ciężka, gorąca, wstaliśmy o dziwo późno, bo po 7. Na trasę wyruszyliśmy jako pierwsi, no przed nami oczywiście Helena. Po drugiej stronie jez. Limajno zeszliśmy ze szlaku chcąc znaleźć grodzisko, o którym wspominał na odprawie Wacław. Niestety chyba skręciliśmy nie w tą ścieżkę co trzeba. Nieco dalej minęliśmy inne, nazywane wszędzie "Kapeluszem", położone na terenie czyjeś posiadłości. W Cerkiewniku trafiliśmy na sklep z podcieniami, w którym zjedliśmy śniadanko. Zaraz potem był kościół parafialny p.w. św. Katarzyny, a w niedalekiej odległości za wsią jezioro Duża Pupla z mini plażą tuż przy drodze.
Jezioro Duża Pupla z mini plażą tuż przy drodze. Grzechem byłoby nie skorzystać, woda była czysta i ciepła. Idąc dalej przez las walczyliśmy ze zmasowanymi atakami owadziego lotnictwa.
W Barkwedzie zrobiliśmy dwa odpoczynki - najpierw na przystanku PKP... ... później przy okazji uzupełniania zapasów w sklepie.
Grzechem byłoby nie skorzystać, woda była czysta i ciepła. Kąpaliśmy się jeszcze, gdy dołączyli do nas inni rajdowicze. Idąc dalej przez las walczyliśmy ze zmasowanymi atakami owadziego lotnictwa. Prawie biegiem dotarliśmy do Barkwedy, gdzie przy miejscowej Strusiolandi warknęły na nas dwa małe dziki, nie wiadomo kto się kogo bardziej wystraszył: one uciekły w krzaki, my w przeciwną stronę zanim pojawi się ich mama.
W Barkwedzie zrobiliśmy dwa odpoczynki - najpierw na przystanku PKP, później przy okazji uzupełniania zapasów w sklepie. Ruszyliśmy szukać kolejnego grodziska w zakolu Łyny, na którym położony jest cmentarz, a z którego cesarz Napoleon miał dowodzić swoimi wojskami podczas bitwy o przeprawę na rzece. Niestety droga wyglądająca na aleję lipową była zagrodzona drutem i nie ryzykowaliśmy wejściem (w końcu teren prywatny), a dalej nie znaleźliśmy innej drogi do grodziska. Zaczęło się chmurzyć i grzmieć.
Po przejściu przez zaporę na Łynie rozdzieliliśmy się. Brąswałd, kościół p.w. św. Katarzyny.
Brąswałd, kościół p.w. św. Katarzyny. Po zakupach zrobiliśmy sobie przerwę na miejscowym boisku.
Po przejściu przez zaporę na Łynie rozdzieliliśmy się - my zmieniliśmy trasę chcąc dojść do Brąswałdu, zobaczyć kościół p.w. św. Katarzyny oraz zrobić tam zakupy na kolację i ognisko. Najpierw obejrzeliśmy świątynię, akurat w ten burzliwy czas wymieniane tam było poszycie dachu. Po zakupach zrobiliśmy sobie przerwę na miejscowym boisku z myślą, że z tą burzą się coś wyjaśni, ale niestety ciągle grzmiało. Ruszyliśmy, minęła nas Ela samochodem z kilkoma osobami. Zaproponowała, że wezmą nasz plecak wypchany zakupami. Skorzystaliśmy, a gdy tylko auto zniknęło za zakrętem zorientowaliśmy się,
Dywity. W drodze na camping.
że plecak pojechał z naszymi pelerynami. Na szczęście nie były potrzebne.
Nocleg był na numerowanym campingu pięknie położonym w zakolu Łyny. Była tam cisza i spokój. Wieczorem odprawa, finał eliminacji do konkursu i ostatnie ognisko, z poczęstunkiem od szefostwa trasy. Przy ognisku odbyła się też premiera piosenki. Szkoda, że to już koniec...
Nocleg był na numerowanym campingu ... ... pięknie położonym w zakolu Łyny. Wieczorem ... ... ostatnie ognisko. Przy ognisku odbyła się też premiera piosenki.
"Z Kopernikiem za pan brat"
(na melodię "Bieszczadzki rajd")

I   Zebrało się tutaj wielu
    Ty i ja przyjacielu
    By przemierzyć z Kopernikiem
    Warmii szlak (przy piwku)

Ref. Rajd, rajd, Grunwaldzki rajd
     Czy to w słońce czy to w deszcz
     Jedziesz z nami przyjacielu
     Bo sam chcesz.

II  Ela z Wackiem nas prowadzą
    Poprzez pola i jeziora
    A wieczorem przy ognisku
    Odprężamy się (przy piwku)

Ref. Rajd, rajd, Grunwaldzki rajd
    ...

III To przygoda jest fajowa
    Każda inna w kąt się chowa
    Warto bracie powędrować
    Zamiast leniuchować (przy piwku)

Ref. Rajd, rajd, Grunwaldzki rajd
    ...

Dzień 14 - To koniec...
Trasa: Dywity - Gutkowo - Łupstych - Olsztyn (13 km) - przebieg trasy zupełnie inny
Trasa skrócona: Dywity camping - Dywity MPK (4 km)


My te 4 km przeszliśmy na piechotę, po drodze mijajac pawia.
Rano pobudka o 6:00, bo po godzinie 8 z Dywit miał być autobus MPK do Olsztyna, a o 9:00 zbiórka w planetarium. Część osób była wahadłowo podwożona samochodami, my te 4 km przeszliśmy na piechotę, po drodze mijajac pawia i zaliczając sklep ze śniadaniem.
W planetarium spotkaliśmy znajomych z poprzednich OWRP-ów. Po seansie bieg na zamek kapituły warmińskiej i zwiedzanie z przewodnikiem...
Na zamku. Stary ratusz.
Przewodnik zaprowadził nas jeszcze do XIV-wiecznej konkatedry p.w. św. Jakuba. Konkatedra p.w. św. Jakuba.
W planetarium spotkaliśmy znajomych z poprzednich OWRP-ów, trochę lat minęło, a oni się nie zmieniają... Po seansie bieg na zamek kapituły warmińskiej i zwiedzanie z przewodnikiem, który zaprowadził nas jeszcze do XIV-wiecznej konkatedry p.w. św. Jakuba. Nagle przyszła burza, lało jak z cebra, schowaliśmy się w zamkowej bramie. Zanim pojechaliśmy na metę, podczas drugiej ulewy szukaliśmy w rynku knajpki, żeby zjeść obiad i natrafiliśmy na pierogarnię z kartaczami.
Zakończenie zorganizowano na Campingu OSiR "Słoneczna Polana" nad jez. Krzywym. O 16:00 miały się zacząć przemówienia, wcześniej dostaliśmy regulaminowy żurek, porozmawialiśmy ze znajomymi i czekaliśmy na oficjalne zakończenie i konkurs. Po konkursie mamy pamiątkę w postaci torby i wrażeń. Dwa tygodnie upłynęły nie wiadomo kiedy, jesteśmy dumni z siebie, że przeszliśmy całość. Jak zwykle najgorsze są pożegnania, które musiały nastąpić i z jakąś taką pustką w sercu opuszczaliśmy Olsztyn. Nie wiemy, czy uda nam się wybrać na kolejny OWRP, ale cieszy nas, że atmosfera rajdowa przez te lata nieobecności nie zmieniła się. Z pewnością dużą zasługę w tym względzie mają Hela, Ela i Wacław - gorące podziękowania !!!
Zakończenie zorganizowano na Campingu OSiR ”Słoneczna Polana” nad jez. Krzywym. Eliminacje do konkursu krajoznawczego. Kierownictwo całego rajdu. Kelly Family :) Hela i Wacław.

Podsumowanie:
  1. tak jak na OWRP przed 8 laty bardzo dały nam się we znaki upały;
  2. wg naszych orientacyjnych obliczeń przeszliśmy 281 km (w większości na własne życzenie :)
  3. podjechaliśmy tylko 1 raz, tramwajem z centrum Elbląga do Bażantarni (2 km);
  4. największe wrażenia pozostawiły na nas Tolkmicko i Smolajny;
  5. "Specjal" rocznik 2010 upodobnił się do innych piw "ogólnopolskich"...

W galerii fotek możesz przejrzeć same zdjęcia, w galerii panoram kilka "szerokich" ujęć, natomiast w galerii odprawy możesz odsłuchać zebrane pliki MP3.


Aktualizacja: