Ryszard BAŁABUCH

Moje OWRP 2014



Czas mija! Banał. Kalendarz zbliża się do początku lipca. Pora jechać na tegoroczne wędrowanie. Koledzy z Gdańska zaprosili na trasy pomorskie. Połączyli Rajd ze swoim - Klubu Turystów Pieszych Bąbelki - Jubileuszem. Zaproponowali trzy trasy. Ja wybrałem tę, której początek miał miejsce w Sławnie. Dzięki PKP miałem łatwy bezpośredni dojazd; na trasie dołączył kolega i nocną jazdą dotarliśmy do Sławna na spotkanie z organizatorami. Szybkie rozstawienie namiotu i jazda do Darłowa - zwiedzanie Muzeum Książąt Pomorskich na zamku i spacer do Darłówka; na legendarnej patelni zlot pojazdów militarnych i targi sprzętu dla pasjonatów. Wieczorem po powrocie pierwsza odprawa i długie powitania z uczestnikami.

Rano wymarsz na trasę. Z małym gronem kolegów gubiąc niejednoznacznie wytyczony szlak i forsując systemy melioracyjne udało się dotrzeć na nocleg. Blisko dziennej mety zamek - pozostałości po rodzinie rycerskiej Podewils, dzisiaj elegancki hotel. Daleko wybrane miejsce biwakowe w okolicy miejscowości Krąg na świeżo skoszonej łące. Warunki obozowiska nie wszystkim wędrowcom dogadzały. Po wilgotnym poranku, jak wyschły namioty, dalsze wędrowanie. Kilkakrotne przekraczanie nieczynnej i w wielu miejscach już bez torów linii kolejowej. Zostały tylko obiekty inżynieryjne przepusty i mosty. Dzienny odcinek to wędrówka przez teren przypominający podgórze. Meta dzienna w mieście Polanów na terenie miejscowych szkół, dla odmiany z komfortowym zapleczem sanitarnym. Po odprawie miejscowe władze przygotowały dla uczestników konkurs krajoznawczy ze swojego terenu i porcję kiełbasy na ognisko rozpalone przez Organizatorów. Burza która szykowała się w czasie wędrówki dała swoją siłę i kiełbasa nie doczekała się podgrzania.

W odświeżonym poranku dalej wędrowanie po pagórkach pomorskich. Nocleg na terenie zespołu szkół leśnych we wsi Warcino, dawnej siedzibie kanclerza Bismarka. Atrakcją wieczoru występ zespołu artystycznego z Białorusi. Przed wyjściem na dzienny etap zwiedzanie pałacu i parku. Trasa wiodła do wsi Korzybie. Duża stacja z infrastrukturą z czasów prosperity kolei. Atrakcją po dziennej wędrówce była jazda drezynami - napędzaną ręcznie i ciągniętą lub pchaną przez dostosowanego do potrzeb kolejowych MAŁEGO FIATA po nieczynnej linii kolejowej. Cenna inicjatywa miejscowych pasjonatów. Oby było jak najwięcej takich inicjatyw, dla zachowania i pokazania młodym.

Przejście do Słupska i poznanie jego zabytków i ciekawostek w czasie oprowadzania przez samego Komandora to frajda. Szkoda że miejscowy Oddział nie chciał dołączyć do imprezy; było jakoś nie tak. Takie życie.

Kolejne dni wędrówki nad morze. Po trasie Dolina Charlotty duże założenie z wieloma funkcjami do spędzania czasu w przypadku niepogody na plaży. Ogrom obiektu z różnymi funkcjami dla oczekiwanych gości z grubszym portfelem. Na mnie największe wrażenie wywarł amfiteatr na 10 tys. widzów. A lista występujących artystów pobudza wyobraźnię, jak tam było na takich występach.

Ustka i jej atrakcje: to trzeba będzie jeszcze innym razem odwiedzić. Po kilku latach nieobecności widać nowe atrakcje i w porcie - syrenka, i nad kanałem - kładka na zachodnią część miasta do systemu obronnego z czasów wojny. Biwak w okolicy i po deszczowej nocy spacer przez plażę do wsi Rowy. Ciekawa historia miejscowości z niestety nieistniejącym żeglarskim cmentarzem. Za opłotkami Rowów wejście na teren Słowińskiego Parku Narodowego i wędrówki po ścieżkach dydaktycznych. Atrakcją dnia było zdobycie Świętej Góry Słowińców - Rowokołu. Panorama z wieży na szczycie dzięki przychylności aury będzie długo we wspomnieniach. Wizyta w Ośrodku Edukacyjno-Muzealnym dopełniła wiadomości.

Atrakcją kolejnego miejsca noclegowego na kolację pieczony dzik, a na dodatek poranne mgły i klangor żurawi. Wizyta w Klukach to pamiątka po czasach minionych bez powrotu. Taka realna historia. Latarnia morska w Czołpinie i wędrowanie po plaży pozwoliło się wyluzować. Odcinki puste i tylko nieliczni plażowicze świadczyli o istnieniu siedzib ludzkich i ośrodkach wypoczynkowych w środku sezonu wczasowego. Słoneczko po całodziennej wędrówce zostawiło na skórze swoje piętno. Łeba powitała gwarem i tłokiem letnich gości.

Powoli rajd dobiegał do mety. Ciekawostką kolejnego dnia był współczesny kościół na przedmieściu miasta p.w. Św. Jakuba Apostoła, jeden z najładniejszych na trasie Pomorskiej Drogi Świętego Jakuba. Ostatni nocleg i kolejne częstowanie uczestników tym razem pysznymi ziemniakami z parnika z omastą śledziowa.

Zakończenie w Lęborku w gościnnych wnętrzach szkolnej sali sportowej. Organizatorzy częstowali pieczonym strusiem. Na kolejną edycję zaprosili koledzy z Siedlec. O Rajdzie moje zdanie i opinie uczestników. Gdańscy koledzy, a szczególnie Bąbelki pokazali w praktyce jak małymi siłami w zgranym zespole, łącząc zapał młodej kadry z doświadczeniem starszych organizuje się RAJD. Nie będzie łatwym pokonać ich klasę. Może będzie przykładem dla tych dużo mówiących na trasie i odprawach, co radzą jak być powinno i co jest nie tak. Sami nie podejmują się organizacji kolejnej edycji, szukając i wymyślając przeszkody na NIE. Kilkanaście osób tych szybko będących na kolejnym biwaku tłumaczyło się że trasy są za długie. Można dyskutować! Mamy swój Piechur można napisać swoje zdanie-opinię. Redaktor Naczelny dopuści do druku.

Swoją kolejną relację napisał:
Ryszard Bałabuch z Puław


Artykuł pochodzi z wydawnictwa KTP ZG PTTK "Piechur" nr 44 (79) wrzesień 2014 r.

Aktualizacja: 2014-10-25